W swoim kształcie

Przez żołądek do serca

Uwielbiam jeść i próbować nowych potraw. Nie wyobrażam sobie być gdzieś i nie spróbować lokalnych specjalności. Najlepiej w jakiejś prostej budzie albo w sklepie. Tam, gdzie kupują lokalsi, choć ekskluzywnym restauracjom nie mówię „nie”. 😊

I prawdę mówiąc, chyba nigdy nie byłam rozczarowana. A jeśli tak, to na tyle rzadko, że nawet tego nie pamiętam.

Myślę, że jestem w stanie spróbować prawie wszystkiego, a na pewno dużo. Może za wyjątkiem „pojechanych” azjatyckich dziwnych dań typu zgniłe jajko – nie byłam, nie jadłam, ale ciało mi mówi, że jednak niekoniecznie. 😊 Ale z drugiej strony ogórkami kiszonymi się zajadam, choć obcokrajowcy twierdzą, że są zepsute.

Różne dania, o których teraz myślę, kojarzą mi się z jakimś etapem mojego rozwoju. Tak, jak podróże, które zawsze były dla mnie zmianą perspektywy, a ta owocowała poszerzaniem świadomości. Nigdy nie wracałam taka sama.

Pobyt w Saintes-Maries-de-la-Mer, pyszne mule i lody, o które się trzeba było wykłócić, bo Francja „restauracyjnie” nie jest łatwym krajem, mimo że cieszy się dobrą opinią pod tym względem. Dziś wiem, że to miejsce nie było przypadkowe, choć wtedy tak się wydawało.

Pielgrzymka do Izraela, na której prowadzący ksiądz powiedział: „To nie Wy wybraliście pielgrzymkę. To pielgrzymka wybrała Was.”  Dziś rozumiem to zdanie jak nigdy wcześniej. Duchowe olśnienia i wzruszenia w połączeniu z orientalnym smakiem i zapachem potraw: ryby Św. Piotra z Jeziora Galilejskiego, humusu, zupy z soczewicy, wyciskanych soków z granatów i pomarańczy. Smak lokalnego piwa pod sklepem spożywczo-pamiątkarskim w Palestynie w Betlejem, gdzie przesympatyczny Pan Sprzedawca donosił nam plastikowe krzesła, żebyśmy mogli posiedzieć i pogadać. Ludzie z różnych miejsc i środowisk we wspólnej karmiącej rozmowie. Zapach tego wieczoru i jego aurę pamiętam tak , jakby to było wczoraj.

Wieczór „U Portugala”. Owoce morza. Z moimi przyjaciółkami od czasów liceum, Agatami, moją córką, bratem i bratową. Uwielbiam owoce morza, ale wtedy nie mogłam prawie nic zjeść. I wydawało mi się, że trzymam fason. Daję radę. 💪A potem rozmowa w kuchni z moim bratem i bratową, że coś jest ze mną naprawdę nie tak.

To był moment, w którym odbiłam się od dna i rozpoczęła się moja wędrówka w górę. Po stromej, wyboistej drodze, ale jednak cały czas w stronę światła.

Papierowy smak potraw w okresach intensywnego wzrostu i świadomość, że wszystko się zintegrowało, gdy smak powracał.

Zawsze po spotkaniu z moją psychoterapeutką fundowałam sobie lody w „Lodomanii” w Galerii Katowickiej. Co tydzień inny smak. I to szaleństwo wyboru stojąc przed lodówką!!! Taki rytuał i nagroda dla siebie, bo nie zawsze było łatwo, ale zawsze „rozwojowo”.

Gdy uczyłam się kochać siebie, pojawiały się różne pytania. Było na przykład  takie: „Czy jechać po bułki do Biedry czy do piekarni, która jest dalej?”, po którym następowało pytanie: „Co zrobiłabyś dla swojego dziecka?”. Odpowiedź była oczywista. „No to jedź też dla siebie!”.

Warsztaty w „Blis” w Lublińcu. Po nich mój rozwój jeszcze nabrał tempa. Pyszne potrawy, przygotowane z dbałością. Niesamowity rosół w niedzielę, sernik i rozpływające się w ustach ciasto czekoladowe w przerwach kawowych.

Pachnąca kawa w Łódzkiej Szkole Gestalt. Śniadanie w „Good Time”, foccacia w NIEBO, moja ulubiona zupa Pho z wołowiną w wietnamskiej knajpce na Piotrkowskiej, „Cud Miód”, „Brednia” czy lemoniada lub piwo na OFFie.

Wspólne podjadanie w kuchni przyniesionych przez nas smakołyków w Śląskiej Szkole Psychoterapii i Treningu GESTALT. I wspólne obiady w różnych konfiguracjach osobowych i w różnych miejscach. Zawsze fantastyczne, bo „najlepsze pomysły rodzą się przecież w kuchni”.

Zupa warzywna u Dominki po masażu uwalniającym blokady z ciała, której smaku nie zapomnę, a sama nie umiem powtórzyć, gotując niby to samo.

Moja duchowość rzadko przypomina siedzenie na poduszce medytacyjnej w pozycji lotosu, którego zresztą nie umiem zrobić. 😊

Podczas swojej pracy widzę na przykład owoc, który trzeba obrać ze skóry, czyli pozbyć się rzeczy, które mi już nie służą, albo dobrać się głębiej do swoich prawd i emocji. Zdarza się, że czuję swoją energię jak gęsty, esencjonalny rosół.  Albo po zajęciach w Gestalcie mam wrażenie,  że mi ciasto drożdżowe rośnie w piersi.

Na początku mojej drogi czułam się jak stary, dziurawy garnek. Po kilku latach ciągłej pracy z własnym umysłem, ciałem i emocjami zaczynam czuć się jak piękny, lśniący rondel w ekskluzywnej restauracji, w którym bulgocze danie przygotowywane przez Mistrza z pięcioma gwiazdkami Michelin.

 

 

Scroll to Top