W moim życiu są dwa miesiące w roku, w których miało miejsce wiele ważnych dla mnie wydarzeń, wręcz takich, które stanowiły fundamenty mojego bycia w świecie.
Są to marzec i sierpień.
Zawsze dziwiłam się czytając swój horoskop, że co prawda jestem spod znaku ryb, ale jakoś tak nie do końca. Bo jakoś trochę za dużo było we mnie osadzenia w rzeczywistości, działania, organizowania i energii. Marzenia i owszem, ale jakoś tak osadzone w realiach. Wkurzyć też się potrafiłam mocno, że aż uszami wychodziła mi para. Całe lata sądziłam, że wynika to z tego, że urodziłam się w trzeciej dekadzie tego znaku, czyli blisko mocnego, ognistego Barana.
Gdy w ubiegłym roku otrzymałam zaświadczenie z USC, z którego dowiedziałam się, o której się urodziłam, okazało się, że jestem ascendentalnym lwem.
Dziś widzę to jak podróż od moich rybich lęków do odwagi i spokoju lwicy.
Przez większość życia towarzyszył mi lęk, który był obecny od tak dawna i tak często, że mogłabym śmiało nazwać go „drugą skórą”. Trochę tak, jakby ktoś ubrał mi „gryzący sweterek”. Niespecjalnie przyjemny w dotyku, trochę niewygodny, i niby ok, ale nie pozwalający o sobie zapomnieć. Czasami przypominający „ćmiący” ból zęba, czasami powodujący chłód, czasem fale gorąca, czasem prawie paraliż. Nie pozwalający na swobodne przeżywanie zdarzeń, wydawałoby się skądinąd przyjemnych, i życia w ogóle.
Niby to fajne, niby ważne, niby się cieszysz, a jakoś tak to do końca nie smakuje. Nie przypomina radości, jaką czerpie dziecko jedzące pyszne lody, z których śmietanka cieknie mu po brodzie i palcach, brudzi ubranie, kapie na buty, ale kto by się tym przejmował rozkoszując się cudownym smakiem rozpływającymi się na języku. W pełni zanurzone w przyjemności smakowania deseru, „tu i teraz”.
Zdobywałam odwagę do życia krok po kroku, przełamując kolejno swoje lęki. Niektóre pokonywałam sama, doświadczając zdarzeń i stwierdzając po fakcie, że „nie taki diabeł straszny”, inne z pomocą trenerów, nauczycieli, przyjaciół, rodziny i w końcu psychoterapeutów. Wszystkim tym osobom jestem wdzięczna, że pomogli mi przekraczać kolejne ograniczenia na drodze do satysfakcjonującego życia.
Gdybym nie próbowała robić niektórych rzeczy pomimo lęku, to musiałabym leżeć całe życie pod kocem na kanapie w domu.
Gdy odebrałam prawo jazdy i bałam się nadal jeździć w normalnym ruchu miejskim, życie się tak poukładało, że miałam do dyspozycji nowy samochód, świeżo kupiony na kredyt, sprzedaż byłaby skrajnie nieopłacalna i w zasadzie nie miałam wyjścia, jak tylko po prostu zacząć z niego korzystać. Pomógł mi mój cierpliwy brat. Wziął kluczyki, którymi rzuciłam w afekcie i prowadził mnie krok po kroku: sprzęgło, jedynka, sprzęgło, dwójka, wrzuć kierunkowskaz… i tak zaczęliśmy naukę od nowa. Po trzech tygodniach mijał mnie na drodze szybkiego ruchu i napisał mi SMSa: „stworzyłem potwora”.
I to był jeden z tych przypadków, który pozwolił mi zobaczyć, że każdy lęk w jakiś sposób można pokonać, oswoić lub chociaż zmniejszyć i to, że się czegoś boję lub że coś mnie stresuje, to nie jest sytuacja bez wyjścia i „na zawsze”.
Pytanie tylko brzmi: czy chcę.
Pokonałam tych lęków tak wiele, że już nawet wszystkich nie pamiętam.
Wiem jedno: im mniej lęku w życiu, tym większa swoboda doświadczania życia z przyjemnością, sięgania po więcej i życia tak, jak chcę. Zaczyna się wolność życia po swojemu i na własnych warunkach.
Rozpoczynam prowadzenie tego bloga i kont na FB i Instagramie. Traktuję to jako kolejne wyjście do świata i przełamanie kolejnego ograniczenia, trochę podszytego lękiem, trochę wymagającego ode nauczenia się nowych rzeczy. Techniczne historie to raczej nie bardzo moja bajka, nie urodziłam się z komórka w ręce i wiele rzeczy, które dla mojej córki są intuicyjne dla mnie nie są i wymagają ode mnie zdobycia wiedzy i nowych umiejętności.
Ale traktuje to jako kolejny krok do wolności i mocno trzymam za siebie kciuki!
