W swoim kształcie

Dumka na trzy serca – trzy miasta, trzy różne charaktery

Uwielbiam podróżować „od zawsze”. Miłość do zwiedzania i podróży dostałam w prezencie od rodziców i stało się to tak wcześnie, że nawet nie pamiętam swojego pierwszego wyjazdu.

Zwiedziliśmy „maluchem” prawie całą Polskę w czasach, gdy benzyna była towarem deficytowym i na wycieczkę zabierało się jajka ugotowane na twardo, prawie jak prezydentowa do samolotu. 😊

Inne kraje poznawałam już sama na różne sposoby, z różnymi ludźmi, ale zawsze z pełnym uwielbieniem. Lub nie. 😊

W tym roku szlak prowadził przez trzy miasta: Paryż, Lizbona, Porto.

Paryż – miasto miłości, mody i sztuki. Kocham to miasto miłością czystą i wieczną. Przestronne, jasne bulwary, przy których pysznią się wiekowe kamienice. Luwr, ulica Rivoli, Sekwana i moje 2 ulubione parki: Ogrody Tuileries i Ogród Luxemburski. Dzielnica Łacińska, gdzie prawie widzę spacerującego Emila Zolę i rzeźby w Muzeum Rodena. Sacré-Cœur i Montmartre.

Musée d’Orsay, którego budynek odwiedzam nie dla zgromadzonych tam dzieł, ale żeby jeszcze raz znaleźć się wewnątrz tego budynku, który za każdym razem robi na mnie wrażenie. Gdy do niego wchodzę, oczy mi błyszczą a serce bije, jakbym biegła na pierwszą randkę z tym miejscem. Jeszcze raz popatrzeć na ogromne zegary od środka i na miasto przez szybki pomiędzy wskazówkami!

Właśnie wzdycham wracając pamięcią… a uśmiech błądzi w kącikach ust…

Oczywiście, że nie jest doskonałe. Do wielu rzeczy można by się przyczepić, gdyby ktoś chciał. Oczywiście, że ma swoje cienie, w które jednak lepiej nie zaglądać lub zaglądnąć, wiedząc jak i kiedy. Ale, prawdę mówiąc, to nie robi na mnie większego wrażenia i kompletnie mnie to nie obchodzi. Jest jedynym miejscem w świecie, do którego wracam tak często i zawsze z jednakowym entuzjazmem, a jednak mimo tego, że odwiedzam te same kąty, za każdym razem doświadczam ich inaczej.

Lizbona – miasto trochę jak nie z tej epoki. Vintage z nutką nostalgii. Jak fado słyszane w tle. Piękne jak kobieta, której życie nie było proste. Zaskakujące wybornym smakiem potraw prawdziwych i doskonałych w swej prostocie. Balans zapachów i poruszonych zmysłów, podkręcony wytrawnym Porto. Przyjemność dla koneserów!

Porto z rysem łobuza i hulaki, przesiadującego do późnej nocy w portowej tawernie, przy skocznej muzyce, porywającej do śpiewu i tańca. Żywe, gwarne, roześmiane, tętniące pozytywną energią! 

Pełen siły, mocy i świeżości ocean, w którym nie da się specjalnie popływać, bo można zmarznąć aż do kości, za to skakać przez fale, jak najbardziej! Huk i ryk fal zagłuszał wrzask skaczących w otchłań śmiałków. Potęga natury w swej najlepszej odsłonie!

Było wspaniale! Ale najbardziej wspaniały po podróży jest powrót do swojego domu, łóżka, smaku swojej kawy, kanapki z polskiego chleba z szynką, pomidorem i ogórkiem małosolnym. Najlepsze na świecie! 😉

Scroll to Top